Pirackie parówki… dzień III

Dzień trzeci powoli mija. Dzisiaj wiele emocji, dużo przygód i super spędzony dzień. Pobudka jak zwykle 7.00 i tym razem była to piosenka „Budzik” Grzegorza Turnaua. Standardowo kilku piratów już grasowała po pokoju, a pozostawali ochoczo wstawali wsłuchując się w dźwięk piosenki. 7. 30 byliśmy już na śniadaniu i mina chłopców była bezcenna, bo kiedy otwierali urządzenie podgrzewające, oczom ich ukazały się jajka sadzone. Tak drodzy rodzice tym razem nie było ukochanych parówek No musieli sobie poradzić z tą traumatyczną sytuacją i zadowolić się płatkami, wędliną serem itd… Po śniadanku szybki refresh i w mgnieniu oka byliśmy w drodze na boisko, śpiewając wymyślona piosenkę przez jednego z chłopców „Kosa, kosa, kosiarka!” O szczegóły i powód dla których powstały te słowa dopytacie Państwo swoje pociechy. Dotarliśmy na boisko 8.15 i po krótkiej, żywiołowej rozgrzewce byliśmy gotowi do gry z najtrudniejszym rywalem tych zawodów. Naszym przeciwnikiem była drużyna z Konstancina, która jest szkółka Legi Warszawa. Widząc wcześniejsze mecze, wiedziałem, że będzie to ciężki bój, niczym Dawida z Goliatem. Pan sędzia równo 8.30 gwizdnął i dał znak, że pora zacząć tą małą wojenkę. Chłopcy dwoili się i troili, żeby nie dać sobie strzelić bramki. Zawodnicy z Konstancina nas atakowali, a my w ramach rewanżu przeprowadzaliśmy bardzo dobre kontry. Kilka razy cudem udało się rywalom wyjść z opresji. Kiedy wydawało się, że mecz skończy się remisem stało się coś bardzo złego. Bardzo dobrze dysponowany nasz bramkarz popełnił błąd, który kosztował nas straconą bramkę. Zawodnik Kosy mocno wybijał rzut rożny w kierunku pola karnego, nasz bramkarz chciał wybić piłkę poza bramkę, futbolówka ślizgnęła się po rękawicach i wpadła do naszej bramki. Niestety była to sama końcówka meczu, ponieważ zostało zaledwie dwie minuty i mimo podejmowania prób odrobienia straty, niestety przegraliśmy ten mecz 1-0.  Brawa dla chłopców za postawę i za pracę jaką włożyli w ten mecz, bo kosztowało ich to bardzo wiele wysiłku. Na kolejny mecz wyszliśmy z wielkim niedosytem i świadomością, że uciekły nam punkty. Kolejny nasz przeciwnik przyjechał z Brzegu Dolnego. Mecz rozpoczął się 9.00 i był lustrzanym odbiciem wcześniejszego. Następne zawody gdzie chłopcy zostawili kawał serducha i dawali dosłownie z wątroby, mówiąc piłkarskim żargonem. Kto grał w piłkę wie, że takie mecze są tylko do jednej bramki. Przegrywa ten kto popełni błąd jako pierwszy. Niestety znowu padło na nas. Nawet nie opisuję w jaki to się stało sposób, ale jedno mogę powiedzieć, że to był prezent. Jest takie brzydkie powiedzenie, które chciałbym teraz zacytować,  na pewno zrobiłbym to zaraz po meczu kiedy buzowała we mnie złość. Teraz już pisze zupełnie na chłodno i oszczędzę kochanym czytelnikom takich cytatów, które można jedynie wymruczeć sobie pod nosem, albo tylko w gronie najbliższych znajomych. Ostatni mecz zgraliśmy z drużyną ze Szkocji, Glasgow Eagles.  W tym meczu byliśmy już bardzo zmęczeni. Po pierwsze, że toczyliśmy dwa mordercze boje w krótkim odstępie czasu, a po drugie ten graliśmy zaledwie po 3 minutowej przerwie. Drużyna ze Szkocji okazała się bardzo świeża i bardzo mocna i nie dała nam żadnych szans w tym meczu. Dodatkowo była to doświadczona drużyna jeśli chodzi o takie turnieje i wygrała z naszymi zmęczonymi piratami 3-0.  Jeśli gralibyśmy ten mecz po dłuższym odpoczynku to może te zawody  ułożył  by się inaczej. Podsumowując turnieju mogę powiedzieć jedno, że był on na bardzo wysokim poziomie. Na zawody przyjechały bardzo mocne zespoły z całej Polski i nie tylko, dla których tego rodzaju turniej nie był pierwszy. My zdobyliśmy na pewno ogromne doświadczenie, a na pewno mamy świadomość ile czeka nas jeszcze pracy aby grać na takim poziomie jak choćby Kosa Konstancin. Bardzo dziękuję chłopcom za grę, chęci i wolę walki. Po skończonych zawodach udaliśmy się do hotelu, zjedliśmy obiad i zrobiliśmy sobie zasłużoną, godzinną sjestę. Oczywiście nie dosłownie, bo podczas sjesty leżymy i odpoczywamy, robimy krótką drzemkę, a w tym przypadku sjesta nabrała troszeczkę innego znaczenia. Część chłopców jak zwykle grała na swoich mobilnych urządzeniach, a część przyszła do mnie do pokoju i puszczała mi „muzyczne hity”. Polecam Państwu jeden z nich, który nosi tytuł „Pomidorowa”. Ja myślałem, że skoro mam kontakt z dziećmi podczas np. treningów to znam wszystkie ich tak zwane nowości z You Tube, ale okazuje się  że nie znam nawet połowy. Kiedy mali piraci skończyli ze mną tą jakże cenną edukację muzyczną, czas sjesty się skończył i według planu wyruszyliśmy na wycieczkę. Wsiedliśmy do autobus, podjechaliśmy kilka przystanków i znaleźliśmy się 500 metrów od Krupówek. Ten jakże niespokojny spacer, który miał nas doprowadzić do kolejki torowej na Gubałówkę trwał chyba z godzinę i zgadnijcie Państwo dla czego? Pewnie część z Państwa się domyśliła. Słowo spineer, usłyszałem odmienione przez wszystkie przypadki, a najczęściej był to wołacz. SPINER, SPINER, SPINER!!!!Pisząc artykuł, dalej słyszę to słowo w uszach i sam się złapałem jakąś godzinę temu na tym, że się nim zacząłem bawić. Kiedy już zakupiliśmy tą jakże sprytną zabawkę, udaliśmy się do kolejki i wyjechaliśmy na górę. Po wyjechaniu na Gubałówkę każdy kupił sobie wodnego shake, po czym  udaliśmy się na leżaki oddając się mroźnej miksturze. Zrobiliśmy sobie oczywiście pamiątkowe zdjęcia, zarówno pod tablicą jak i na tarasie widokowym. Chłopcy myśleli, że skoro wyjechaliśmy kolejką to w ten sam sposób dostaniemy się na dół. Po raz drugi mina chłopców była bezcenna, kiedy dowiedzieli się, że na dół schodzimy na nogach. Pytali z niedowierzaniem, jak to na nogach? Na początku marudzili, ale później bardzo się co niektórym to podobało. Po zejściu na dół, poślizgaliśmy się na fajnej zjeżdżali, zakupiliśmy jeszcze pamiątki i powoli udawaliśmy się w górę Krupówek. Piszę ten artykuł o bardzo późnej porze i szukam w głowie jakiegoś mocniejszego słowa od „bezcenna” które mógłbym teraz użyć, ponieważ kiedy powiedziałem piratom z Krakowa, że do hotelu idziemy pieszo wręcz zamarli ze złości. Wbrew pozorom nie jest to tak daleko , ale zauważyłem że są z nich wygodnisie i nie w smak im takie spacery. Pokrzykiwali, marudzili, jęczeli, robili wszystko aby nie iść na nogach i dopiero kiedy im obiecałem, że będą mogli dzisiaj posiedzieć pół godziny dłużej, nastała cisza. Oczywiści czasami zapominali o naszej umowie i narzekali, że bolą ich nogi, po czym szybko się poprawiali, żeby umowa nie została anulowana. Dokładnie wyglądało to następująco” bolą mnie nogi…chwila ciszy, szybkiego myślenia i  dodawali ale fajnie mi z tym”. W drodze śpiewaliśmy piosenki Disco Polo i tutaj też chłopcy zaskoczyli mnie znajomością słów. Śpiewali bardzo głośno, a najbardziej Adi Owczarek, który został wybrany jednogłośnie Królem Disco. Kiedy wreszcie doszliśmy do budynku, chłopcy padli niczym tragiczny bohater PRL-u Janek Wiśniewski. Umyliśmy się szybko i zeszliśmy na kolację. Po kolacji chłopcom znowu odżyły cztery litery i po raz kolejny udowodnili, że w ich żyłach poza krwią musi płynąć jeszcze coś, bo to jest niemożliwe żeby tak szybko się regenerować. Część poszła na boisko, część goniła po korytarzu, a poszli spać według umowy o 22.30. Dopiero teraz mogłem usiąść spokojnie na krześle i napisać relacje z dzisiejszego dnia.  Najlepiej ze wszystkich miała Pani kierownik, bo spotkała ją miła regeneracyjna, odprężająca niespodzianka. Nie będę pisał jak, niech Ania sama się pochwali. Mogę powiedzieć, że po wszystkim była bardzo szczęśliwa i przyszła z wypiekami na twarzy. W tym miejscu jedyne co muszę napisać, żeby moja żona nie pomyślała sobie nic złego: Spokojnie Justyś, to ja byłem sprawcą, ale nie wykonawcą, a wszystko było w granicach przyzwoitości.

Pozdrawiam piracko z Zakopanego

Pirat Maciek

Pirackie parówki III